Warsztaty medytacji, czyli wycieczka w głąb siebie

Medytacja bez wątpienia kojarzy mi się z… wiewiórkami (obiecuję – wyjaśnię nieco później). Oczywiście nie zawsze tak było. Przez większość życia na hasło “medytacja” miałam podobne skojarzenia do większości ludzi – mnisi, buddyzm, coś duchowego, coś przeznaczone dla ludzi oświeconych, coś nudnego, coś, co zdecydowanie nie jest dla mnie.

Jak możesz się domyślić wszystko to zmieniło się, gdy zaczęłam praktykować. Ten artykuł jest właśnie o tym, jak wyglądały moje niezbyt “zgrabne” początki, jak nieśmiałe próby zmieniły się w regularną praktykę oraz dlaczego słysząc słowo “medytacja”, widzę rude wiewiórki.

Pierwsze kroki

To, co najważniejsze rozpoczęło się na długo przed chwilą, w której faktycznie zaczęłam medytować. Moje poszukiwania w temacie medytacji wynikły z potrzeby – znalazłam się na takim etapie życia, w którym stres zaczął mnie przytłaczać niosąc za sobą kolejne (niezbyt przyjemne) skutki. Myślę, że w wielu z nas zna to doskonale – mamy trudność z tym, aby przestać myśleć o pracy lub studiach, kolejne zadania, które odkładamy zaczynają się kumulować, a my początkowo zrzucamy winę na “cięższy okres”. Bywa jednak, że on mija, albo jak w moim przypadku – pojawia się regularnie.

Wiedziałam już wówczas, że medytacja jest jedną z form, które pomagają poradzić sobie ze stresem, napięciami, przytłoczeniem. Zaczęłam więc o niej czytać. Czytałam i czytałam i czytałam.

Jedną z metod uznałam za zupełnie nieprzydatną – w końcu nie lubię skupiać się na dźwiękach dokoła mnie (chyba, że to muzyka). Inna z metod zbyt mocno kojarzyła mi się z duchowością. Następna – wydawała się zupełnie nierealna, w jeszcze innej nie podobały mi się jakieś szczegóły w opisie, który znalazłam.

Tak, przełom pojawił się, gdy przestałam czytać. Później śmiałam się z tych swoich długich przygotowań, aż w końcu dowiedziałam się, że są zupełnie normalne i dotyczą dużej części osób. Dlaczego? Strach przed nowym, brak komfortu, gdy próbujemy czegoś nam obcego, aż w końcu, odkładanie faktycznego spróbowania medytacji.

Warsztaty medytacji, czyli wycieczka w głąb siebie 1

Jak wyglądały początki

W moim przypadku pierwsza medytacja była co najmniej niekomfortowa. Natłok myśli, nagłe swędzenie i łaskotanie w przeróżnych częściach ciała i wciąż pojawiające się wątpliwości. Tą medytację podsumowałabym jako “to się nie uda”, “to nie ma sensu”, “po co to robię”.

Szczerze myślę, że nie ma w tym nic zaskakującego. Wszystko zależy w końcu od naszego nastawienia, a to w moim przypadku od początku było sceptyczne (przekonanie, że medytacja to “coś, co zdecydowanie nie jest dla mnie” utrzymywało się u mnie jeszcze przez pewien czas). W tej całej medytacji było jednak coś intrygującego. Spróbowałam więc innej metody i co uważam za kluczowe – odpuściłam sobie ambitne 30 minut praktyki, na rzecz 5 minut.

Moje 5 minutowe praktyki

To ciekawe jak bardzo medytacja potrafi rozciągać i kurczyć czas. Moje 5 minutowe praktyki jednego dnia mijały jak, co najwyżej minuta, a innego dłużyły się w nieskończoność. Jednego dnia były wspaniałym relaksem, który mogłabym porównać do kilku godzin snu. W inne dni, szczególnie te, gdy byłam bardziej zestresowana, “miałam wiele na głowie”, martwiłam się czymś lub byłam zmęczona, medytacja potrafiła nieźle dać mi w kość. A w końcu miała pomagać…

Wtedy zaczęłam zastanawiać się nad jakąś szkołą, prywatnym nauczycielem, warsztatami medytacji. Musisz jednak coś o mnie wiedzieć – jestem całkiem uparta i to z tego powodu kontynuowałam na własną rękę, pomimo “tego gorszego czasu”. Wiedziałam już jak bardzo przyjemna, relaksująca i odprężająca potrafi być praktyka. I chciałam, żeby było tak samo w dni, kiedy nie czuję się w pełni sił. Do mojego zacięcia dokładał się również fakt, że wydawałam się spokojniejsza, zdecydowanie lepiej spałam, a stan “niemyślenia” w trakcie praktyki przychodził znacznie częściej.

Praktykowałam od wielu miesięcy. Wciąż – raz była to moja ulubiona część dnia, a w innym razem, wewnętrzna walka (zapamiętaj to słowo) z samym sobą. To stres był moim największym przeciwnikiem…

Warsztaty medytacji, czyli wycieczka w głąb siebie 2

Wtedy wszystko się zmieniło

Moja praktyka medytacji całkowicie odmieniła się w zaledwie 3 dni. Nie, nie sądziłam, że to możliwe, szczególnie po tych miesiącach, w trakcie których tak bardzo starałam się, żeby była najlepsza jak to tylko możliwe (to jedna z pułapek początkującego).

Dziś mam wrażenie, że to wtedy, gdy trafiłam na warsztat medytacji, po raz pierwszy zrozumiałam znaczenie słowa “cisza”. W powietrzu unosił się zapach kwiatów, jabłek i drewna. Wszystko toczyło się zupełnie innym tempem, na innych obrotach, niż w mieście, gdzie zawsze mieszkałam. Było tak relaksująco, że chciało się zostać tam na zawsze. A to był dopiero początek.

Rozpoczęły się zajęcia. Poznaliśmy siebie, a potem minimum wiedzy, jaka była nam potrzebna do praktyki. I zaczęliśmy. Te warsztaty medytacji były czymś zupełnie innym, niż się tego spodziewałam.

  1. Fakt numer jeden – nie nudziłam się.
  2. Fakt numer dwa – nie miały one nic wspólnego z żadną religią, a były otwarte na każdą, jak i jej brak.
  3. Fakt numer trzy – w ciągu 3 dni doświadczyłam więcej medytacji, przeżyłam ją głębiej, doświadczyłam pełnej, niż przez ostatnie wiele miesięcy.

“Walka ze samym sobą” w trakcie “nieudanej praktyki” to coś, co padło wtedy podczas jednego z warsztatów. Zapamiętałam to wyjątkowo mocno, ponieważ wcześniej wielokrotnie czułam coś podobnego. To tego dnia dowiedziałam się, jak medytować pod wpływem stresu. Ponieważ nie ma nieudanej medytacji, rzecz w tym, aby pozwolić sobie na emocje, myśli, nawet dyskomfort, jeśli się pojawi i… pozwolić im odejść.

Warsztaty medytacji, czyli wycieczka w głąb siebie 3

Rozmawialiśmy o tym, jak mamy zwyczaj się śpieszyć, jak przestajemy słuchać swojego ciała (i uważamy to za całkowicie normalne), jak ignorujemy objawy stresu. Poznaliśmy kilkanaście metod medytacji. Doświadczyliśmy jogi i relaksacji. Na tych warsztatach medytacji poznałam również tak wiele całkowicie odmiennych od siebie ludzi. Najróżniejsze zawody, style życia, wiek – okazało się, że nic nie stało nam na przeszkodzie, żeby odbyć rozmowy swojego życia i przede wszystkim, doświadczyć prawdziwej medytacji.

Mówię tu o warsztatach medytacji – Tu i Teraz, które prowadzi Sandra Lasek. We wszystkim, co i w jaki sposób mówiła, można było poczuć jej doświadczenie (medytuje od ponad 25 lat), ale również niezwykłą otwartość i ciepło. Warsztaty medytacji? Na pewno odmieniły moją praktykę. Sandra – zmieniła jednak we mnie jeszcze więcej. A jak je wspominam? Najlepiej opisuje to chyba fakt, że medytacja od tamtego czasu kojarzy się mi się z wiewiórkami, jakie widziałam każdego rana, po przebudzeniu, przez tamte 3 magiczne dni. Jeśli masz ochotę dowiedzieć się więcej o tym warsztacie, możesz kliknąć tutaj.

Moja praktyka dziś

O tym, co się wydarzyło po powrocie z tego warsztatu, mogłabym długo opowiadać. Niedługo po powrocie, po raz pierwszy usłyszałam od kogoś mi bliskiego, że “można by się ode mnie uczyć spokoju i opanowania, a w końcu całe życie byłam niezły nerwus”. Co dały mi warsztaty medytacji? Zaczęłam zwalniać i trochę częściej sobie odpuszczać. Zaczęłam stresować się mniej i szybciej odprężać. Zaczęłam praktykować regularnie, zazwyczaj codziennie, prawie zawsze 15 minut.

Dziś medytacja wygląda różnie. Co to oznacza? Czasem 15 minut umyka mi “nie wiadomo gdzie” :-) A w inne dni czas płynie normalnie. Czasem myśli jest więcej. I nic sobie z tego nie robię, ponieważ wiem, jak pozwolić im odpłynąć. Urozmaicam praktykę różnymi metodami, chociaż odkryłam swoją ulubioną. Czerpię ze spokoju, jaki daje mi medytacja, z koncentracji, która ułatwia pracę i naukę, z odprężenia, które zdecydowanie przydaje się po “długich dniach”, z przejrzystych myśli i kontaktu ze samą sobą. Przede wszystkim wiem jednak, że medytacja to coś, co na zawsze zostanie częścią mojego życia.

Coach, trener, blogerka
Coach, trener, copywriter, blogerka. Pasjonatka tematyki balansu życiowego, życia w tu i teraz, analizy transakcyjnej. Praktyk medytacji i vinyasa jogi.

Przyłącz się do dyskusji: