Pierwszy warunek spełniania marzeń

W tym artykule chciałbym poruszyć temat zjawiska, które towarzyszy nieuchronnie pięknym wizjom sprowadzanym do realnego świata. Wiele z tych spostrzeżeń może być dla Ciebie znajomych, wręcz oczywistych, natomiast postaram się połączyć je w pewien spójny system i prostą procedurę, z której możesz korzystać, gdy znajdziesz się w odpowiedniej sytuacji.

Ryzyko

Bezpośrednią inspiracją do tego tekstu był telewizyjny wywiad z jednym z moich klientów, który wybrał drogę „digital nomad” – a więc co roku spędza kilka chłodniejszych miesięcy w egzotycznych krajach, gdzie koszty życia są tańsze niż u nas, pracując jednocześnie zdalnie przez internet. Mówił wtedy o tym, w jaki sposób przestawić się na taki tryb życia, a jednym z ważnych punktów takiej przemiany było poświęcenie pewnej ilości czasu na nauczenie się umiejętności, dzięki której można zdalnie zarabiać (np. programowania). I wtedy usłyszałem komentarz osoby, która wraz ze mną oglądała ten program, że rada nie jest wcale taka pomocna, ponieważ trzeba zaryzykować sporo czasu, a gwarancji nie ma.

Niestety – rzadko kiedy będziemy mieli taką gwarancję. Na tym polega spełnianie marzeń.

Nie chciałbym sprowadzać wszystkiego do wyśmiewanych nawet przez anty-rozwojowe strony banałów – czyli wyjścia ze strefy komfortu. Jednak nie da się ukryć, że jeśli chcemy zmienić swoje życie nie tylko ilościowo (czyli wyciskać więcej kilogramów na siłowni), ale wprowadzić tam też elementy, których do tej pory nie było – najprawdopodobniej przejdziemy przez nieprzyjemne elementy procesu. Wyjście ze strefy komfortu jest też procesem najczęściej spłycanym i nierozumianym.

Moja przygoda z rozwojem osobistym zaczęła się ponad 10 lat temu, gdy przeczytałem na portalu „grono” (pamiętacie te czasy?) ogłoszenie, że jeden z hipnotyzerów i trenerów komunikacji prowadzi darmowe szkolenie dotyczące kreatywności. Mimo tego, że nie musiałem ryzykować żadnych pieniędzy, pamiętam dylemat – czy pójść w nowe miejsce, w kontekst, w którym nigdy nie byłem, z nowymi osobami, prawdopodobnie bardziej doświadczonymi ode mnie w tej dziedzinie, bez żadnych znajomych na których mogłem się oprzeć. Zwykle w takich sytuacjach rezygnowałem, wybierając coś, do czego jestem bardziej przyzwyczajony. Ale tym razem, wiedziony ciekawością, zrobiłem coś wbrew swojej osobowości.

Nowe ścieżki

Podobne dylematy spotykam bardzo często podczas indywidualnych sesji. Prawdziwa zmiana będzie odbywać się w obszarze, który do tej pory nie był eksplorowany. Pamiętam pracę z pewnym pokerzystą, któremu zaczęło gorzej iść, lecz uparcie trzymał się starych strategii, licząc, że złe czasy po prostu same miną. Nie było mu łatwo zaakceptować, że aby mocno zmienić swoją sytuację musi zrezygnować ze swojego statusu doświadczonego gracza i ponownie zmienić się w ucznia, ćwicząc pewne rzeczy od zera i poznając nowe obszary, w których nie jest doświadczony i popełnia mnóstwo błędów.

Znałem dobrze jego sytuację, bo kilka lat wcześniej spotkało mnie coś identycznego. Po długim czasie prowadzenia warsztatów z dużym powodzeniem, nagle spotkał mnie pewien regres. Kiedy przyzwyczaiłem się do pewnej formuły warsztatowej, która świetnie się sprawdzała, zainteresowanie przestało wzrastać, a nawet zaczęło spadać – i to w sytuacji, gdy doszły mi nowe wydatki i potrzebowałem znacznie większych przychodów, by żyć na takim samym poziomie. Sprawiało mi to tyle problemów, że jakąkolwiek myśl o zmianach odsuwałem najdalej jak się da, licząc na to, że sytuacja sama się rozwiąże.

Podczas któregoś procesu zrozumiałem jednak, że jedynym wyjściem jest ryzyko (tak naprawdę największym ryzykiem było oczywiście trwanie przy starych nawykach i liczenie na zmianę) i robienie tego, czego najbardziej mi się nie chce – a więc nauka nowych umiejętności, zmiana repertuaru i mozolne dopracowywanie tego, co wydawało mi się już gotowe.

Również z badan naukowych wynika, że prawdziwe mistrzostwo można osiągnąć ćwicząc 10 000 godzin według pewnego schematu. Jedną z najważniejszych cech tego schematu jest to, że trening musi być na tyle trudny, że jest aż nieprzyjemny. W innym przypadku jest bowiem za łatwy i nie spełnia swojej funkcji. Warto tu oczywiście dodać, że nie powinien być o wiele za trudny – gdy brakuje satysfakcji po osiąganiu kolejnych celów staje się to demotywujące. Jednak to, na co teraz chciałbym zwrócić szczególną uwagę to fakt, że nie można stać się mistrzem wybierając tylko łatwe zadania.

To, co sprawdzone i dobre

Z uwagi na to, że prowadzę własny biznes szkoleniowy od 8 lat, nie zajmując się przez ten czas zawodowo niczym innym, co jakiś czas dostaję pytanie w jaki sposób można zacząć robić szkolenia tak, by się z tego utrzymywać. Mimo iż takie pytanie wydaje się jak najbardziej sensowne, mam wrażenie, że większość pytających chciałaby usłyszeć sposoby, które sprawią, że całe ryzyko zniknie, a oni będą mieli gwarancję sukcesu opartą na niezawodnych działaniach. Tymczasem nie da się tego ryzyka zupełnie zlikwidować – nawet posiadając mądre strategie zawsze trzeba zaryzykować swój czas, wysiłek, najczęściej też pieniądze, i liczyć na to, że to wszystko się zwróci.

Nie dotyczy to rzecz jasna tylko biznesu szkoleniowego, ale i każdego innego. Jeśli ktoś sprowadza z Chin 100 tysięcy długopisów, które potem sprzedaje drożej, musi podjąć takie samo ryzyko i zaangażować się, o ile chciałby na tym porządnie zarobić. I najczęściej nikt mu prawdziwej gwarancji zarobku nie da. Dlatego też wielu twórców wspaniałych biznesów, co jakiś czas tworzy nieudane przedsięwzięcie – naprawdę ryzykując czasami się też przegrywa.

Nie dotyczy to tylko biznesu, ale wielu działań w życiu osobistym. Wchodząc w niejeden związek czy przyjaźń ryzykujemy – odsłaniając się, poświęcając czas, narażając się na cierpienie. Wychodząc na imprezę z nieznajomymi ludźmi – ryzykujemy. Przeprowadzając się do innego miasta lub kraju – ryzykujemy.

Granice

To, że najczęściej nie mamy ochoty podejmować ryzyka jest zupełnie naturalne. Osobowość jest tak skonstruowana, by poruszać się w obrębie tego, co już znamy i co kojarzy się z mniejszym ryzykiem (nawet jeśli to osobowość ryzykancka!). Ryzykownemu zadaniu towarzyszy walka z samym sobą, a przeważnie jego minusy są wyolbrzymiane. Jednocześnie bardzo często nieprzyjemne uczucia z tym związane w 90% tworzone są jedynie przez opór i nasz bunt wobec tego, że to się dzieje. Samo zlikwidowanie oporu i akceptacja, że tak wygląda proces przekraczania granic już potrafi rozwiązać problem. Tak jak świadomy post jest o wiele mniej nieprzyjemny niż przymusowe głodowanie z powodu niezabranych z domu kanapek.

Dla każdego rodzaju osobowości (mówiąc o osobowości nie mam tylko na myśli klinicznego zaburzenia, ale też czyjeś wyraźne tendencje) co innego będzie taką granicą – dla niektórych będzie to więcej spontaniczności, dla innych więcej procedur i planowania. Dla niektórych wyjście z czymś do ludzi i uwierzenie w siebie, dla niektórych przyznanie, że ich projekt ma wady i popracowanie nad nimi. Dla niektórych skupienie się na innych, a dla innych skupienie się na sobie.

Nieznane morze

Jednocześnie natura umysłu jest taka, że ten proces prawie zawsze będzie nieprzyjemny. Trzeba po prostu rozpoznać ten moment i go przejść, wiedząc że raczej nie ma na to innej rady (można oczywiście procesami coachingowymi lub terapeutycznymi zmniejszać „opór”). Długotrwałe siedzenie w strefie „bez ryzyka”, mimo iż jest przyjemniejsze, na dłuższą metę nie jest komfortowe, gdyż nie możemy korzystać z niczego na co nam nie pozwala nasza osobowość, jednocześnie zbierając coraz więcej konsekwencji jej automatycznych działań.

Łatwo jest o tym mówić obserwując innych i tak jak pisałem, może się to wydawać wielkim banałem. Jednocześnie, gdy samemu jest się w takim procesie i napotyka się ścianę, opór daje się we znaki i zaczynamy kombinować, jak tu ją przejść bez ryzyka, najczęściej kompletnie nie widząc, że jesteśmy w pułapce.

Celem tego tekstu jest wyraźniejsze zwrócenie uwagi na ten moment, jeśli trafisz na niego w przyszłości, albo właśnie jesteś w nim teraz. Następnie warto sobie przypomnieć, że natura umysłu jest taka, że ten moment będzie nieprzyjemny i pojawi się automatyczny opór. Zaakceptowanie, że bez wielkiej zmiany podejścia sytuacja się nie zmieni, pomoże Ci zmniejszyć opór i zmobilizować się do działania. Często też (szczególnie osoby zajmujące się długo rozwojem osobistym) oczekujemy, ze powinniśmy się czuć dobrze cały czas, a jeśli tak nie jest, walczymy z tym, zamiast zaakceptować trudniejszy etap.

Oczywiście warto mieć na uwadze, że nie każde ryzyko będzie się opłacać i jak najbardziej warto je na zimno szacować. Nie zawsze też fakt, że jest ciężko, będzie świadczył, że robisz coś dobrze. Od tego są różnego rodzaju analizy czy ćwiczenia coachingowe. Żadna analiza nie zmieni jednak tego, że żeby spełniać marzenia, trzeba wypłynąć na nieznane morze.

Mimo przeszkadzających uczuć, a nie bez nich.

Coach, trener
Coach, terapeuta transpersonalny i międzynarodowy trener rozwoju osobistego. Robił warsztaty i pracował z ludźmi w USA i 8 krajach Europy. Specjalista z zakresu emocji i relacji. Więcej na temat Tomka możecie dowiedzieć się z jego strony internetowej www.tomaszkwiecinski.pl

Przyłącz się do dyskusji: